Friday, 21 February 2014

Life is a game...

Kiedy w pracy nie mam klientów a wszystkie inne "obowiązki służbowe" zostały już wykonane, dla zabicia czasu chodzę bezproduktywnie po różnych stronkach. Wczoraj na jednej z moich ulubionych "na poprawę humoru" - joemonster.org - znalazłam coś, co przykuło moją uwagę troszkę dłużej. Tekst, jaki przeczytałam zajął się porównaniem naszego codziennego życia do gry typu MMORG (gdzie tworzymy bohatera oraz rozwijamy jego umiejętności). 


Ja uwielbiam grać. Różne gry komputerowe są dla mnie odstresowywujące. Faktem jest jednak, że potrafię spędzić nad nią cały wolny dzień - szczególnie kiedy jest tyle rzeczy do ogarnięcia, że nie wiem za co się złapać... Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, aby patrzeć na moje życie jak właśnię na grę! Bardzo podoba mi się sposób, w jaki nasze życie zostało porównane. Zapraszam na stronkę joemonster.org aby przeczytać cały tekst w języku polskim. Jeśli kogoś interesuje oryginał po angielsku, to zapraszam na stronkę oliveremberton.com . 
Pozdrawiam
Jyotika

Sunday, 9 February 2014

Summary 01/2014

Właśnie usiadłam to napisania posta podsumowującego kolejny miesiąc, po czym ze zgrozą zobaczyłam, że tak naprawdę zaprzestałam robienia tego jakoś tak w czerwcu wg moich obliczeń! A wydawało mi się, że jestem taka systematyczna! Jest mi głupio samej przed sobą, że tak wyszło, no ale było minęło, pora wrócić do działania... 

Czym mogę podsumować miniony styczeń 2014 roku? Dużo pracy zawodowej, nowi ludzie w pracy i nowe doświadczenia. Jestem z tego bardzo zadowolona. W strefie osobistej? Ograniczony internet i nawet zaczyna mi się to podobać, choć czasem nie jest łatwo. Ostatnio też mam wielką wenę na czytanie, pochłaniam książki jedna za drugą i bardzo mnie to cieszy. Czytam głównie w metrze, ale i czasem w domu, jak się wczytam to ciężko mi przerwać. Spędziłam więcej czasu ze swoimi współlokatorami oraz przyjaciółmi w Londynie. Nauczyłam się gotować pewne indyjskie dania. Zrobiłam je już dwa razy, postaram się przy trzecim je jakoś udokumentować, ewentualnie poszukam ciekawych zdjęć na necie tego dania. Jest pyszne. Do tego bardziej zadbałam o cerę i mam wrażenie, że w końcu zaczyna to przynosić efekty, z czego niezmiernie się cieszę. Na razie postawiłam na kosmetyki, które zawsze chciałam wyprobować, a na które za bardzo mnie w Polsce nie było stać - VICHY. Do tego moje ulubione poranne i wieczorne medytacje z Louise L. Hay! Uwielbam głos tej kobiety!
Co jeszcze ważnego wydarzyło się w styczniu? Dałam ostatnią szansę swojemu związkowi. Pomyślałam o tym, że ja bym chciała dostać taką szansę więc i ja powinnam ją dać. Nie jest mi łatwo, bo wszelkie uczucia zostały uśpione, do tego wszyscy wokoło mówią mi, że nie powinnam tracić więcej czasu na Lubego. Ja postanowiłam jednak zawalczyć o coś, co było dla mnie bardzo ważne. Widzę, że u Luby również zaczął się bardziej starać i mam nadzieję, że tak zostanie... 


Co mam nadzieję osiągnąć w tym miesiącu? Na pewno mam nadzieję kontynuować rozpoczętą pracę. Do tego dodam afirmacje i kaligrafię, której się w styczniu troszkę poleniłam. Rozpoczęłam też pracę nad nowym projektem rozwojowym, ale o tym później... 
Pozdrawiam, 
Jyotika

P.S. Zdjęcie pochodzi z mego prywatnego albumu. Na zdjęciu jest strumień płynący niedaleko naszego mieszkania podczas pobytu w Kazachstanie. Zdjęcie zostało zrobione w marcu 2012 roku. Zima tam jest przepiękna - mroźna i bardzo śnieżna. Widoki niesamowite! 

Sunday, 12 January 2014

New Year, New Life...

Na pewno większość z Was zrobiła sobie podsumowanie minionego roku, spisała listę życzeń, cieszyła się z nowego okresu, gdzie można wiele zacząć "od początku" ale i dostała wątpliwości czy uda się tego wszystkiego dokonać. 

Mój miniony rok wyglądał tak - kilka miesięcy w Almatach, KZ ; miesiąc w Polsce u mamusi i z dziewczynami ; parę miesięcy w Nicei, FR ; ponad miesiąc w Iżewsku, RU ; w międzyczasie ciągłe kilkudniowe lub tygodniowe pobyty w Londynie, UK. Dużo podróżowania, sporo zmian, lotów, oczekiwań, tachania bagażu, nowe miejsca, nowi ludzie, nowe znajomości i przyjaźnie. Działo się działo. Dzięki temu dowiedziałam się, żę o ile łatwo odnajduję się w nowym miejscu, o tyle nagła zmiana miejsca "zamieszkania" wywołuje u mnie mętlik, sprzeciw, poczucie zagrożenia i ogólną awersję do życia przez krótką chwilę. Stwierdziłam, że zdecydowanie za dużo czasu poświęcam na gry komputerowe (może i mnie właśnie ten sposób relaksuje ale myślę, że najwyższa pora przerzucić się na coś innego - jest przecież tyle innych rzeczy do zrobienia). Dowiedziałam się, że może i lenistwo jest przyjemne, ale potem bardzo ciężko jest wejść z powrotem w prawidłowy trybik pracy. 


Nie wiem czy znacie ten przesąd - ale ponoć jak się spędzi 1 stycznia tak będzie wyglądał cały nasz następny rok. Muszę przyznać że mi się to sprawdza. Jeśli 1 stycznia prowadzę dość aktywnie, jak to bylo na przykład właśnie w 2012 roku, to i rok mam pełen werwy i aktywności. Jak 1 stycznia 2013 roku przespałam i nie porobiłam nic a nic produktywnego - pod takim znakiem minął mi właśnie cały 2013 rok, mimo mych usilnych zrywów i porywów dp działania - co można zaobserwować na blogu. W tym roku razem z koleżanką postanowiłyśmy spędzić 1 stycznia aktywnie - zaplanowałyśmy gotowanie, spacer, kupę smiechu z dobrą komedia, ja chciałam do tego poćwiczyć jeszcze kaligrafię. Część się nam udało zrealizować niestety najbardziej oczekiwanego spaceru nie - lało usilnie cały dzień a my chodziłyśmy lekko osowiałe. Ale był to dobry dzień i w sumie i tak nam wyszedł. Ja postarałam się więc przełożyć robienie tego wszsytkiego na cały pierwszy tydzień stycznia. I tak każdego dnia starałam się w miarę swoich możliwości robić coś innego (po pracy oczywiście) : spacerowałam ponad godzinę , skończyłam czytać świetną książkę , poćwiczyłam kaligrafię ,  odwiedziłam kuzynkę w innym mieście , zrobiłam porzadki w domu , poświęciłam czas swojemu chłopakowi (może jednak uda się uratować nasz związek) . Każdego dnia starałam się zrobić coś ważnego dla mnie i mojego życia w 2014 roku. Do tego, z czego najbardziej jestem zadowolona, wróciłam do swoich codziennych porannych i wieczornych medytacji z Louise Hay. Nie wyszło mi tylko gotownie - to mi parę razy były przygotowywane posiłki przez koleżankę i znajomych (miła odmiana i jak pysznie!) . Bardzo się z tego cieszę i mam nadzieję, że w tym roku to ktoś będzie dla mnie gotował od czasu do czasu! W sumie starałam się robić coś w różnych dziedzinach - zdrowie , czas wolny , związek , rodzina i przyjaciele. 

A jak u was zaczął się Nowy 2014 Rok? Z czego jesteście zadowoleni? Jakie macie oczekiwania względem niego? 
Pozdrawiam, 
Jyotika

P.S. To, że mnie nie było dwa tygodnie też nie jest zupełnie przypadkowe. W okresie świątecznym miałam bardzo ograniczony dostęp do internetu, z czego się bardzo cieszę! Poza moim ukochanym laptopem JEST życie, inne życie, poważnie! Pozdrawiam życząc spokojnej nocy!!! 

Tuesday, 31 December 2013

Christmas Time

Uwielbiam swieta, lubie przygotowania do nich, zapach jedzenia, wyglad choinki, swiatla, koledy, rodzinne spotkania, kupowanie prezentow i cala ta radosna atmosfere. Kazdego roku marze o wspanialych i pelnych radosci swietach. Moje marzenie spelnia sie w wiekszym lub mniejszym stopniu. W tym roku nie spedzilam ich ze swoja rodzina, nie bylam w stanie pojechac do swojej rodziny w grudniu tego roku.  Dostalam za to zaproszenie na swieta do kolezanki i jej rodziny. Spedzilam je w milym towarzystwie, poznalam nowa wigilijna tradycje, jadlam przepyszne induskie jedzenie i bardzo milo spedzilam czas. 


Uwielbiam to video i te piosenke - jak zwykle - Glee rzadzi :) Mam nadzieje, ze ta piosenka i wizja swiat jaka ona soba prezentuje i Wam przypadnie do gustu. A jak Wasze przygotowania do Nowego Roku? Ja spedzam go z ta ze sama kolezanka - domowo! 

Wszystkiego najlepszego w Nowym 2014 Roku! Zycze Wam duzo szczescia, poczucia humoru i radosci z dnia codziennego. Mam nadzieje, ze uda Wam sie zrealizowac Wasze marzenia i plany w nowym roku. Zycze rowniez Wam duzo zdrowia, cierpliwosci i wiary w swoje mozliwosci i swoje sily. 
Pozdrawiam,
Jyotika

Monday, 16 December 2013

Keeping your word...

Dotrzymywanie słowa jest bardzo trudnym zajęciem. Okłamujemy i niedotrzymujemy słowa danego samemu sobie a co dopiero innym ludziom. Bardzo często łapię się na tym, że coś sobie / innym "obiecałam" a potem nie trzymałam się podjętej raz decyzji. Dlaczego zatem sama oczekuje od innych osób, że dotrzymują dawanego mi słowa? Te myśli krążyły mi w głowie już od dłuższego czasu. W nadchodzącym Nowym Roku mam zamiar nad tym popracować. Zacznę najpierw od siebie. Wierzę, że kiedy ja zacznę dotrzymywać słowa danego samej sobie, zacznę również dotrzymywać obietnic składanych innym, a wtedy inni zaczną również spełniać swoje przyżeczenia. 


Dziwiłam się, że Luby tak często zmienia zdanie, ale on nazywa to "posiadaniem różnych opcji". Ale sama dość często łapałam się ostatnio na tym, że mówiłam mu jedno a robiłam drugie. Bywa to bardzo nie tylko męczące ale mylące dla obu stron. Tak samo jest z przyjaciółmi - obiecywałam im zdobyć czyjś nr telefonu czy namiary na jakąś firmę - zapominałam. Mówiłam, że niedługo się zdzwonimy i pójdizemy gdzieś na kawę - zapominałam, lub odwlekałam to bardzo długo w czasie, nie dlatego że nie mogłam, ale dlatego że mi się nie chciało. To ludzkie, bo nie wierzę, że nikt z Was tak nie miał. Ale na pewno wielu z Was już nad tym pracuje, ja również postanowiłam się za tę część swego życia i charakteru zabrać. 


Zaczęłam od tego, że skoro powiedziałam do Lubego, że nasz związek ma szanse na przetrwanie jeśli on wróci tutaj i pójdzie na terapie, to mam zamiar tego się trzymać. Matt jest gotowy to zrobić i właściwie zaczął już to realizować - wczoraj ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, zapukał do mych drzwi w moim mieszkanku w Londynie. Wrócił z Tajlandii. Chce podjąć się pracy i pójść na terapię. Mimo, że moje pierwsze myśli były tak naprawdę "po co", to się zgodziłam. Będę ostrożna, nie zgodzę się teraz na wiele rzeczy, wyznaczę pewne granice - zrobię to, czego nie zrobiłam wcześniej jak zaczyliśmy nasz związek. Wierzę, że wszystko będzie dobrze i że nie pożałuję, z danej mu szansy. Ktoś kiedyś powiedział do mnie "to kobieta wybiera sobie męża" i skoro ja w nim zobaczyłam kiedyś odpowiedniego kandydata, może jest jeszcze szansa zobaczyć go znowu... 

Pozdrawiam, 
Jyotika

Wednesday, 27 November 2013

Unexpected Changes

Na początek ustalmy jedno - zmiany są obecne w naszym życiu i nie da się ich uniknąć. Czasem przychodzą niezauważalnie, czasem są naszym świadomym wyborem, czasem jesteśmy do nich zmuszeni. Nikt nigdy nie stoi w miejscu - zmienia się nasze otoczenie, zmieniamy się i my. A teraz do mojego sedna - czyli do niespodziewanych zmian... 


Nie znoszę zman - tych nieprzewidywalnych, tych, ktore atakują nagle, z ktorymi nie wiem co zrobić bo nie dają mi czasu na przemyślenie, tych powodujących u mnie najzwyczajniej w swiecie ataki paniki. Nie lubię smian, które są na mnie wymuszane przez osobu trzecie. Mam problemy z dostosowywaniem się do nich. Są ludzie, ktorzy łatwo poddają się nagłym zmianom, zdarzeniom, nie mają z nimi rzadnego problemu. Ja na wszystko muszę mieć swój czas, muszę przygotować się psychicznie do zmiany i czasem jest to dłuższy proces. W momencie kiedy jakaś zmiana, której muszę się podporządkować niezwłocznie, spada na mnie nieoczekiwanie, czuje się jak to nowonarodzone dziecko, które nagle wyjęto z brzuszka mamy na chlodny i nieznany mu świat, które wrzeszczy że mu się nie podoba taka zmiana i stopniowo uspokaja się dopiero wtedy, kiedy zostaje połozone na brzuchu mamy i kiedy znowu czuje jej dotyk, miłość i ciepło... Każda nagła zmiana wywołuje we mnie awersję, protest, niechęć. Czasem dosłownie atak paniki. 

Jednocześnie jestem osobą, która dość łatwo i szybko adaptuję się do nowych warunków, otoczenia i ludzi. Ja naprawdę łatwo nawiązuje kontakt z ludźmi, szybko zawiązują się u mnie przyjaźnie - większe i mniejsze, ale mam spore grono znajomych, na których twarzy dość często wywołuje uśmiech. 

Chodzi mi o zmiany, jakie mnie ostatnio spotkały: 
- nagła wyprowadzka z Kazachstanu ; mogliśmy tam zostać jeszcze parę miesięcy aby na spokojnie zastanowić się co dalej, ale Luby się uparł, że nie i koniec i wyjeżdżaliśmy w wielkim pośpiechu ; ja nie wiedziałam co dalej i było mi bardzo trudno zrozumieć zachowanie Lubego ; opuściliśmy Almaty i Kazachstan w przeciągu tygodnia ; 
- nagła wyprowadzka z Rosji ; tutaj Luby również nie liczył się z moim zdaniem, nie zrozumiał ataku paniki i płaczu jak mi zonajmił, że za dwa dni wyjeżdżamy bo on postanowił rzucić pracę, a ja sama wtedy nie bardzo jeszcze sama wiedziałam czemu tak się zachowuję, a już tym bardziej nie potrafiłam zrozumieć zachowania Lubego ; Iżewsk opuściliśmy w przeciągu trzech dni. 
Były one dla mnie gwałtowne i nagłe, niespodziewane, bo do Kazachstanu przyjechałam ze świadomościa, że będe tam około 3 lata, bo tyle lat chciał być tam Luby a do Rosji jechałam na rok, bo też na taki okres czasu Luby miał kontrakt. Kiedy więc nastąpiły zmiany, ja nie wiedziałam w którą stronę się odwrócić oraz co dalej. Czułam się jak dziecko, które rzucono na głęboką wodę i albo nauczy się ono pływać, albo się utopi, albo dopłynie jakoś do brzegu i do końca życia będzie miało awersję do wody. 
Z Francją nie miałam takiego problemu - od początku do końca wiedziałam że jadę tam na okres 2 miesięcy, więc kiedy okres ten minął i wyjechaliśmy czułam się całkowicie normalnie, pewnie, wiedziałam co będzie dalej. Ta zmiana nie wzbudziła we mnie żadnych oporów, awersji. Byłam na nią przygotowana, więc kiedy nadszedł czas na nią, po prostu spokojnie popłynęłam z prądem. 
Nagłe rozstania również są dla mnie (i tutaj raczej dla wszystkich) nieprzyjemne właśnie dość często ze względu na to, że jest to zmiana naszego życia, której w ogóle nie dopuszczaliśmy do myśli, której nie przewidywaliśmy i z któa nam ciężko jest się pogodzić - jeśli to nas partner zostawił oczywiście. 

Każda zmiana jest u mnie przemyślana. Oswajam się z myślą o niej, o tym że ona nadchdzi, myślę, że na pewno z nią będzie lepiej. Tak miałam z moim pierwszym przyjazdem do Londynu. Przygotowywałam się do niego około 4 miesięcy. Również podjęcie decyzji o terapii zajęło mi sporo czasu, tak samo jak oswojenie się z myślą o jej zakończeniu. Wyjazd do Kzachstanu i Rosji również miał swój etap psychicznego przygotowania się. Dzięki temu cieszę się z każdej zmiany i nawet wyczekuję jej ze zniecierpliwieniem. I to nie tak, że mam "plan pięcioletni" bo nie mam, nie wiem gdzie będę i co będę robić za kilka lat. Wiem, że na chwilę obecną chcę pracować w Anglii. I na razie tylko to jest dla mnie ważne. 

Zazdroszczę Lubemu jego podejścia do wszelkich zmian - przychodzą mu one z łatwością, nie wywołują w nim buntu, złości ani paniki. Dla niego zmiana UK na KZ czy RU to tak jakby przejść na drugą strone ulicy. Traci pracę - nie ma problemu, opuszcza KZ i wraca do UK. Nie wiem czy to jego indywidualna cecha charakteru, czy może faceci tak mają? 


Ja wiem, że zmiany są dobre i że nie ważne co się wydarzy i tak będzie dobrze, że każda nowa sytuacja przyniesie mi tylko korzyści. Wiem o tym doskonale i to sie zawsze spawdza, ale gwałtowne zmiany to dla mnie wielki stres, dużo nerwów i niepotrzebne konflikty z partnerem. A uświadomiłam to sobie tak naprawdę to dopiero niedawno, jak przyjechałam sama do UK i zostałam tutaj sama ze swoimi myślami, zaglądnęłam w głąb siebie i przeanalizowałam swoje ataki paniki w KZ czy RU, i złość Lubego na mnie za moje zachowanie. Widzicie - nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Przynajmniej wiem, że nie radzę sobie z gwałtownymi zmianami, których nie brałam pod uwagę. A jak to u Was wygląda? Czy w codziennym życiu macie Plan B? Jesteście przygotowani na nieoczekiwane zwroty akcji? Jak sobie z nimi radzicie? Jak podchodzicie do nagłych zmian, jakie się Wam przytrafiają? 

Pozdrawiam, 
Jyotika


P.S. Tutaj jak znalazł jedna z ostatnich afirmacji:
"I am in charge of my emotions, they're not in charge of me."

Sunday, 24 November 2013

Back in London...

I jestem znwou w Londynie. Pracuje, wynajmuje pokoik, żyję, a przynajmniej powoli zaczynam próbować wrócić do swojego życia.

Obiecałam post o moim "starym nowym życiu w Iżewsku". Niestety po lekko ponad miesiącu pobytu w mieście, jak tylko wyzdrowiałam i wracałam powoli do codziennych zajęć - korepetycji, spotkań z nowymi przyjaciółmi i poznawaniu miasta, Luby rzucił wszystko i wyjechalismy. To było nagłe i nieoczekiwane, przynajmniej dla mnie. Okazało się, że on on dłuższego czasu nosił się z takim zamiarem, ale ja myślałam, że jego narzekanie nie jest aż tak wielkie i nie sądziłam, że dla niego jest tutaj aż tak źle. Oczywiście rozmowa - normalna rozmowa - mogłaby mi pokazać wiele, ale niestety ostatnie tygodnie uświadomiają mi, że Luby nie traktował mnie jak równoprawnego członka do rozmowy o NASZYM życiu. On robił co chciał, a ja musiałam na wszystko się zgodzić... 
O tym że wyjżdżamy dowiedziałam się na dwa dni przed wyjazdem i to ja musiałam zorganizować te bilety. Ja i tak byłam w lepszej sytuacji. Luby powiadomił szefa swojego sms, że odchodzi z pracy w dzień, w ktorym się w owej pracy po prostu nie stawił - byliśmy już w Moskwie. Czy tak postępuje dorosły  i odpowiedzialny człowiek? Moje próby komunikowania się z nim spełzały na niczym. On uważał, że ja mam gdzieś jego samopoczucie. A tutaj nie chodziło też o niego - chodziło też o rodzinę, którą zostawiał, o dwójkę małych chłopców, ktorymi się zajmował i z którymi się nawet nie pożegnał, chodziło też o mnie, że ja nie miałam czasu aby pomyśleć czego ja chce dalej. Luby chciał Tajlandię, Wietnam albo Laos czy inne kraje w tym rejonie. Nie rozumiał mojego sprzeciwu. Ja nie widziałam siebie tam, może na dwa tygodnie urlopu to tak, ale nie na poł roku jakie on tam planował spędzić. No właśnie - planował, bo w chwili obecnej już się zastanawia czy aby nie wrócić do pracy ale do innej rodziny. 
Czemu rzucił pracę? Mi powiedział, że jest zmęczony, nie znosi miasta i pogody (jest chłodno i pochmurno w Iżewsku, zimy są mroźne i długie), ma dosyć rodziny, despotycznej i wymagającej matki i ojca pantoflarza. Moim zdaniem - całkowicie nie rozumie naszej słowiańskiej kultury. Nie rozumie i nie chce zrozumieć. To, że ja powiem mu aby się ubrał cieplej, zmienił tę brudną koszule, wziął leki, zjadł ze mna sniadanie czy obiad itp traktuje nie tylko jako rozkazy ale i naruszenie swojej wolności osobistej. Kiedy matka chłopców pisała mu czy mowiła, że ma nosić czapke, aby nie zachorował i nie zaraził jej dzieci, albo że ma spędzać więcej czasu na pisaniu z chłopcami (a nie na grach na iPadzie), że ma więcej z nimi bawić się na podwórku, że jak będzie przeziębiony ma nie przychodzić do pracy bo może zarazić jej dzieci - Luby po prostu dostawał szału. Więc kiedy pewnego dnia, dostał znowu email o podobnej treści po prostu stwierdził, że nie ma zamiaru pracować dla tej rodziny i z dnia na dzień rzucił pracę bez żadnych wyjaśnien, bez miesięcznego wypowiedzenia, jakie go obowiązywało itp. 
Wyjazd z Iżewska był dla mnie bardzo bolesny, nie wiem czemu, ale zakochałam sie w Rosji, przyrodzie, ludziach, życiu. Mam nadzieję, że uda mi się tam wrócić - na wakacje przynajmniej. W chwili obecnej ja jestem zatem w Londynie a Luby w Wietnamie bodajże (w Tajlandii skończyła mu się już darmowa wiza i musiał opuścić kraj na jakiś czas). 

Nie ogarniam naszego związku już i na chwilę obecną wcale nie chce. Ostatnich pare tygodni uswiadomiło mi, że ja byłam tylko dodatkiem dla Lubego. Nie liczył się z moim zdaniem i moimi potrzebami. Po prostu nudno mu było samemu a tak miał mnie do towarzystwa jeśli zabrakło internetu. Ostatnie miesiące każde z nas prowadziło oddzielne życie. Na moje prośby o wspólne spędzenie czasu wieczorem czy w jego wolny dzień najczęsciej padało "nie". Spędzaliśmy ze sobą głownie pare godzin jak miał wolny dzień raz w tygodniu. Równie dobrze moglibyśmy mieszkać oddzielnie i widywać się raz w tygodniu - mała różnica by była... Do tego nie mamy wspólnych planów - ja chcę domu, dziecka, jednego miejsca zamieszkania, pracy, znajomych, wyjsc do kina czy na pizze od czasu do czasu. On nie ma zamiaru kupowac domu - ani teraz ani nigdy, na dziecko nie jest jeszcze gotowy, nie przeszkadza mu podrozowanie i ciagla zmiana miesjca zamieszkania i chce tak żyć przez najbliższe 5 lat (jako Guwernor gdzieś jeszcze tyle popracuje), nie czuje potrzeby posiadania znajomych czy wychodzenia z domu - dla niego dobrze jest jak może się położyć i albo pospać albo pobawić się swoim iPadem... Oficjalnie żadne z nas nie podjęło decyzji o rozstaniu ale oboje czujemy przez skórę, że jest ona nieunikniona... Te pare lat, były naprawdę niezwykłe, dużo się nauczyłam o sobie i siecie, poznałam niezwykłych ludzi, dowiedziałam się czego chce od swego partnera... Mam wiele wspaniałych wspomnień i to na tym postaram się skupić moją uwagę! 

Pozdrawiam,
Jyotika

Thursday, 3 October 2013

Few thoughts...

Nawet nie wiem od czego zacząć. Jest tyle rzeczy, które chciałabym napisać, którymi chciałabym się z Wami podzielić ale jednocześnie nie potrafię zebrac myśli i zacząć pisać... Ten post powinien powstać już parę dni temu, ale jak zapewne zauważyliście, nie pisze ostatnio za wiele.
Zabrakło mi chęci i motywacji. Pisałam o tym w poprzednim poście - nie bardzo wiem czego chcę od życia, co chcę osiągnąć i gdzie widzę siebie za 5 lat... Wpadłam w marazm i zniechęcenie, z którego postanowiłam wyjść. Może i nie wiem na dana chwilę wiele, ale jeśli nie będę iść do przodu i próbować - mogę sie nigdy nie dowiedzieć.
Chcę wrócić do tego wszystkiego co ostatnio zaniedbałam i odłożyłam w kąt - pidanie bloga, afirmacje i medytacje. Dawały mi potężnego kopa i chęć do robienia wszystkiego.
Wydaje mi się, że mój spadek motywacji ma również związek z moją obecną relacją z Lubym. Ślepe zauroczenie minęło a ja mam wrażenie, że nasz związek stoi w miejscu. Luby chce abym ja go ciągle wspierała w jego pracy i mu pomagała jak najbardziej ale zaczynam dostrzegac, że sam nie potrafi mnie wesprzeć w moich malych marzeniach. Może ja nie potrafie z nim o tym porozmawiać... To nie tak, że jest jakoś źle między nami, że się ciągle kłócimy itp. Ale o ile ja jestem jego najlepszą przyjaciółką - potrafię go wysłuchać, porozmawiać na tematy go interesujące, nie jestem pewna czy on jest moim najlepszym przyjacielem. Luby uważa, że skoro wspiera mnie finansowo to to wystarczy, a ja nie potrafię mu wytłumaczyć, że nie, to za mało...
Może właśnie dlatego znowu straciłam głos? Od paru dni mój jedyny sposób komunikacji to szept. A jak pamiętacie - pisałam kiedyś o tym (HYB - Throat oraz HYB - Changes), że wszelkie problemy z gardłem sa powiązane ze strachem przed "samym sobą" - naszymi pragnieniami, zmianami jakie chcemy zaprowadzić w swoim życiu, boimy sie pokazać innym jacy jesteśmy naprawdę, czy opieramy się wszelkiego rodzaju komplementom... Większość z tych rzeczy polega na tym, że nie potrafimy rozmawiać z niektórymi o tym czego chcemy, boimy się, że oni nie zrozumieją, nie docenią, wyśmieją, zbagatelizują sprawę, zapomną po paru dniach, zignorują. Nie wiemy jak im naświetlić daną sytuację tak, aby do nich dotrzeć, bo na razie jak próbuję coś wyjaśnić on odbiera to jako atak na siebie i jego "kontratak" nie należy do przyjemnych i cała rozmowa zaczyna tracic sens...
Mam nadzieję, że uda mi się przełamać mój strach przed tym i uda mi się dotrzeć jakoś do Lubego, zanim oboje za bardzo oddalimy się od siebie. Luby dostrzega, że coś jest nie tak. Stał sie bardziej czuły, kupuje kwiatki (właśnie jedne żółte stoja przede mną) czy czekoladki, ale jeśli ja sama mu nie powiem co mnie zaczyna blokować to on raczej w myślach nie czyta i się sam nie domyśli (niestety faceci nie opanowali tego, a wielka szkoda czasem)...

A tak w ogóle to jesteśmy już w Rosji, w mieście Iżewsk, i jak dla mnie jest świetnie, Luby narzeka, ale o tym w następnym poście!

Pozdrawiam, 
Jyotika

Friday, 19 July 2013

My Own Personal Confession...

Nadeszla ta wiekopomna chwila, kiedy to musze wyznać, czmu mam takie wielkie luki w blogowaniu... Pora się przyznać a nie zwalać na brak netu, czy lenistwo (ale też dobre wymówki, nie?)

Wiele osób pyta się mnie @czego chcesz od życia. Zazdroszczę osobom, które wiedzą i znają odpowiedź na takie pytanie. Ja nie. Nie mam planu na za 5 lat. Nie mam jakiegoś wielkiego i konkretnego celu do jakiego dążę. Nie wiem co chce robić zawodowo w życiu, bo jest tyle rzeczy sprawiających mi przyjemność i o których marzę, że nie potrafię sie na nic zdecydować : 
- tworzenie stron internetowych (ciągle coś innego, ciągle coś nowego) ; 
- zajmowanie się robótkami ręcznymi (haftowane kartki, wyszywane zakładki na książki itp) ; 
- posiadanie własnej kawiarni w stylu toskańsko-prowansalkim (właściwie to to jedno i to samo, Prowansja jeszcze 150 lat temu była częścią Włoch i jest bardzo, ale to bardzo podobna do Toskanii) ; 
- pracowanie w firmie zajmującej się dekorowaniem sal na przyjęcia (po prostu tworzenie nowych aranżacji, zawsze mnie to pociągało i chciałam spróbować swoich sił w tej dziedzinie) ; 
- tworzenie wystroju wnętrz, moje największe i niespełnione marzenie swego czasu - architektura wnętrz (o którym znowu zaczynam myśleć ostatnio) ; 

To tak jak z tą krótkim wierszykiem a o osiołku Aleksandra Fredry, na pewno wiele z was go zna :
Osiołkowi w żłoby dano,
 W jeden owies, w drugi siano.
 Uchem strzyże, głową kręci.
 I to pachnie, i to nęci.
 Od któregoż teraz zacznie,
 Aby sobie podjeść smacznie?
 Trudny wybór, trudna zgoda —
 Chwyci siano, owsa szkoda.
 Chwyci owies, żal mu siana.
 I tak stoi aż do rana,
 A od rana do wieczora;
 Aż nareszcie przyszła pora,
 Że oślina pośród jadła —
 Z głodu padła.

Zaczynam rozumieć osiołka... Czuję się w chwili obecnej bardzo podobnie. Nie wiem czego chce i gdzie chcę iść dalej. Jedyne co wiem, to moje najskrytsze i największe marzenie - posiadanie własnej rodziny w postaci osobistego (nie cudzego) męża i dwójki dzieci (też wolałabym osobiste), jakiegoś kota (tak, osobistego dachowca), małego domku z ogródkiem (równiez wolałabym aby należał do mnie a nie do banku)... Na domek trzeba jednak zarobić i znów wracamy do pkt wyjścia - JAK (wygrać w totka też jakieś rozwiązanie) ... Z tej właśnie mniej więcej przyczyny przez ostatnich parę miesięcy milczę. Usiłuję odpowiedzieć sobie na parę pytań.

Mam plany miesięczne i tygodniowe, ale ostatnio coraz więcej osób chce wiedzieć jaki jest mój cel życiowy, a ja odpowiedzi na to pytanie nie potrafię udzielić jednoznacznej. A nikt nie rozumie mojej chęci posiadania własnej, osobistej, prawdziwej i cholernie szczęśliwej rodziny. I tu pada pytanie, czy mężczyzna z którym jestem się na to na pewno nadaje, ale to już temat na oddzielny post i oddzielne rozważania...
Pozdrawiam
Jyotika

Sunday, 14 July 2013

Nice Nice 2

Nicea jest niezwykłym miastem i bardzo lubię mieszkać daleko od centrum (z jednej strony :P). Mam tutaj ciszę i spokój przez większość dnia (poza robotnikami przez 6 dni w tygodniu i czasem zdarzy się korek uliczny niedaleko mego domu i strasznie trąbią wtedy jeden na drugiego). Pogoda jest niesamowita. Czasem rankiem jest pochmurno, ale dość szybko się rozpogadza. Temperatura jest dość wysoka jak na nasze polskie warunki, bo około 30 stopni każdego dnia, czasme troszkę więcej. Mają tutaj komary, które ostatnich parę nocy z rzędu nie daja nam spać (mieszkanie jest za wysokie aby skakac pod sufitem i je tłuc) więc jeśli ktoś zna jakiś dobry sposób na skuteczne sie ich pozbycie nocą (świeczki? konkretny zapach?) to będę wdzięczna - jest za gorąco  więc zamykanie okna na noc odpada (a włąsciwie nie okna tylko 3 podwojnych drzwi balkonowych)... 

Uwielbiam tutejszą architekturę, ciepłe kolory budynków, urocze zakamarki, wąskie uliczki, dużo tarasów i balkonów, pełno schodów (czasem mogą człowieka zamczyć tymi schodami), wielkie okna i duże pokoje, piękne gzymsy, wszelakie zdobienia budynków płaskorzeźbami. Po prostu jestem tym bardzo oczarowana. Uwielbiam tę pogodę - ciepłą i słoneczną, aż chce się spędzić cały dzień w parku czy zwiedzać miasto. Po paru miesiącach zimy i nizbyt ciepłym pobycie w UK i PL taka temperatura to bardzo miła odmiana. Mam pełno energii (o ile ich schody mnie nie wykończą) i naprawdę po prostu jestem tutaj bardzo szczęśliwa. Uwielbiam ich styl życia - nigdzie się nie śpieszą, przerwa obiadowa to z reguły 2 godziny (część sklepów jest wtedy zamykana), dużo wina i owoców morza jak przystało na rejon - Prowansję i miasto leżące nad morzem, kawa jest kawą - mocna z silnym aromatem, nawet latte czy cappuccino jest dość mocne. Uwielbiam ich jarmarki - 3 w ciagu dnia w tym samym miejscu ale rożne. Rankiem jest warzywno-kwiatowy, popołudniami - coś w rodzaju różnych staroci, antyków (bardzo drogi), a pod wieczór wszystkiego po troszku - tutaj torebki, tutaj mydełka, wyroby skórzane, lniane sukienki itp. 

Nicea bardzo mnie zachwyca i mam nadzieję, że nie jest mi dane widzieć ja po raz ostatni. 
Pozdrawiam
Jyotika

Tuesday, 25 June 2013

Nice Nice

Chcialabym Was bardzo przeprosic, ale blog bedzie niedostepny na czas nieokreslony. Okazalo sie, ze w Nicei, gdzie teraz jestem, w udostepnionym nam mieszkaniu (okolo godzine piechota do centrum, lub 20 minut jazdy autobusem) nie mamy zadnego internetu, wokolo wcale nie jest tak latwo znalezc kafejke internetowa (nawet w centrum miasta), nie mowiac juz o otwartym wieczorem w naszym rejonie sklepie spozywczym czy restauracji... Do tego pralki nie mamy (tak, w najblizszej okolicy tez nic nie ma) i kuchenka nie dziala... Ale to tyle jesli moge ponarzekac :) 

Co do plusow - jestem w NICEI :) Jest pieknie, starowka jest sliczna i zadbana, moge isc na plaze (kamienista) sie kapac kiedy tylko chce, codziennie jest okolo 30 stopni ciepla, ciagle jest bardzo slonecznie,   moge podziwiac przepiekna architekture, male urocze uliczki, pelno restauracji, pierwszy raz w zyciu widzialam na zywo drzewo palmowe, plywalam w morzu, bylam na kamienistej plazy (baaaardzo kamienistej), mieszkam w starej, zabytkowej willi i mam do dyspozycji wielki pokoj (cala willa jest wlasnie remontowana, rodzina dla ktorej Luby pracuje przygotowala nam jedna sypialnie do dyspozycji, lazienke i cos w rodzaju kuchni). 
Na razie jestesmy z Lubym w trakcie rozparowywania co gdzie i jak - zaczynamy szukac jakis kafejek internetowych (ta, z ktorej pisze znajduje sie przy hostelu, dla gosci tylko, ale na razie nikt nas sie nie spytal o nic :P) , jakiejs pralni, restauracji i sklepob w poblizu naszego mieszkania. Moze (jesli nie bedzie to zbyt drogie) uda nam sie wziac internet na dwa miesiace z Orange na laptopa - mam nadzieje, ze nie bedzie to drogie i bedzie to mozliwe... 
Jak tylko uda mi sie cos ustalic i zorganizowac - na pewno sie odezwe. Na razie czytam ksiazki, zwiedzam, opalam sie :) 
Pozdrawiam
Jyotika

Sunday, 2 June 2013

Summary 14

Minął maj. Spędziłam go cały w domu z rodziną. Ograniczony internet (blue connect), wyjazd do rodziny na drugi koniec Polski i wiele planów i projektów poleżało odłogiem... Zadowolona jestem z jednego i chyba bardzo istotnego, a ostatnio traktowanego po macoszemu - czytania w ojczystym języku :) Nawet nie sądziłam, że tak za tym będę tęsknić. Przez ostatnie 31 dni przeczytałam 6 książek - mniejszych i większych, ale sześć: Joanna Chmielewska "Jak wytrzymać ze sobą nawzajem" (jednak wole jej kryminały a nie pseudo-poradniki i uważam, że kryminałów owa Pani powinna się trzymać) ; Wiliam Szekspir "Wieczór trzech króli" (po prostu uwielbiam jego komedie - humor słowny, dialogi, barwne postacie) ; Shari Low "Cała nowa ja" (miła poczytajka o dziewczynie, która w sylwestrowy wieczór postanawia się zmienić, wpadając w coraz to nowe tarapaty) ; Kornel Makuszyński "Przyjaciel wesołego diabła" (przepiękna opowieść o miłości i przyjaźni, beczałam czytając ja jak bóbr) ; Katarzyna Bonda "Dziewiąta runa" (świetny kryminał, bardzo dobrze mi się go czytało, dobre zakończenie, preszkadzał mi jednak bardzo drastyczny i szczegółowy opis morderstwa) ; Małgorzata Kozak "Paskuda & CO" (przezabawna historia o księżniczce zamkniętej w wieży, jej strażniku i smoku) . Przez 31 dni spotykałam się z przyjaciółmi, udało mi się nawet opalić na plaży, pobawić się w nianię, pojechać na jedniodniową wycieczkę do Kowna, spędzić parę dni w Stargardzie Szczecińskim i Gdańsku, wziąć parę cudownych kąpieli w wannie, narwać bzu, podziwiać łąkę mleczy i pola rzepakowe, oraz poświętować urodziny moje i moich dziewczyn! 
A jak wam minął miesiąc maj? 
Pozdrawiam
Jyotika

Saturday, 25 May 2013

Family...

Dzisiaj będzie krótko... 
Moja mama wyjechała za tatą na drugi koniec Polski. Opuściła swoją najbliższą rodzinę - 2 braci i 2 siostry, plus ich partnerzy, dzieci, mamę itp. Skutkiem tego było, że ja i moja siostra mamy słabszy kontakt z tą częścią rodziny. Jak byliśmy mniejsi spędzaliśmy u babci i mamy rodziny każde wakacje. Z czasem, w sumie jak byłam w liceum, kontakt zaczął się urywać. Teraz o ile siostra dalej stara się tam jeździć co parę lat - szczególnie że w chwili obecnej ma bliżej, o tyle ja mieszkając od paru lat za granicą nie mam takiej możliwości - jak przyjeżdżam na kilka dni, wolę je spędzić z mamą i tatą w rodzinnym mieście.Ostatni raz widzieliśmy się 3 lata temu na babci urodzinach, kiedy to wszyscy zjechaliśmy do babci na krótkie urlopy.
Teraz znowu spotkałam się z siostrami, kuzynami, ciociami, wujkami itp. Niestety z powodu bardzo smutnej okoliczności - zmarł mamy brat. Podróż na drugi koniec Polski zajęła nam cały dzień. Jako, że ja nie muszę się spieszyć do pracy, zostałam parę dni dłużej u jednej z sióstr ciotecznych. Powiem tyle - wcale nie czuję, jakby mnie nie było tutaj kilka lat! Szkoda, że spotkaliśmy się w takich okolicznościach, ale możliwe że bez niej, minęłoby kilka lat zanim znowu bym odwiedziła te strony... 
A jak u was z tm jest? Jak daleko macie do babć, wujków, rodziny??? 
Pozdrawiam
Jyotika

Thursday, 16 May 2013

Be ready...

Na zmiany trzeba być gotowym, inaczej nie przekonamy się do nich. Ważne jest również mieć kogoś, kto pomoże nam przejść przez pewien proces zmian, kto czasem nam da kopa albo powie "stop, nie jesteś na to gotów", kto pomoże nam czasem zrozumieć nasze uczucia albo pokaże nam daną sytuację z innej strony, z punktu widzenia obserwatora danego wydarzenia itp. 
Ostatnio miałam długą rozmowę z przyjaciółką, która jak wiele z nas potrzebuje zmian, nie na wszystko jest jeszcze jednak gotowa. Jest bardzo religijną osobą i od czasu do czasu jeźddzi na różne rekolekcje, oraz jeszcze niedawno należała do jednej z grup katolickich, gdzie miała swojego "opekuna", który ją bardzo dobrze znał, wiedział z czym miała problemy, wspierał kiedy miała zły dzień, wysłuchał, pomógł itp. Pewnego razu pojechała na dłuższe rekolekcje terapeutyczne. Na owych rekolekcjach nie zostali jednak przydzieleni opiekunowie, którzy pomogli by uporać się z pojawiającymi się podczas zajęć emocjami, niepewnością, lękiem. Koleżanka nie była w stanie sobie z tym poradzić, pojawiło się w niej wiele negatywnych i ciężkich emocji, o których z nikim nie mogła porozmawiać. Jak wróciła z rekolekcji, usiłowała porozmawiać ze swoim opiekunem z grupy katolickiej, o tym, że źle się po nich czuje. Niestety spotkała się z niezrozumieniem i jak mi powiedziała, cała grupa powoli się od niej odwróciła. 
Owszem znam przyjaciółkę bardzo dobrze i wiem, że uwielbia obwiniać innych za wszystko co jej się przytrafia. Wiem również iż całkowicie nie była gotowa na rekolekcje w jakich uczestniczyła. Dziwię się, że opiekun religijny jakiego miała nad sobą jej nie uprzedził, nie powiedział, że może to nie jest jej czas na to... Ewentualnie czemu jej nie wysłuchał po rekolekcjach, nie porozmawiał z nią, nie wsparł... 
Czasem nie jesteśmy gotowi na jakieś wydarzenie, temat rozmowy / zajęć / terapii. Dobrze by było mieć kogoś, kto nas wesprze, doradzi i pomoże. Kiedy jest się daleko stąd nie zawsze można to zrobić. 
Ja do rozmowy o mamie przygotowywałam się przez prawie rok terapii. Pierwsze rozmowy o nas zaczęły sie po 10 miesiącach dopiero bo dopiero wtedy byłam na to gotowa emocjonalnie a i tak po pierwszej rozmowie, dotyczącej dzieciństwa rodziców przepłakałam 3 dni bo było mi tak ciężko... Ale ja byłam do tej rozmowy przygotowywana i miałam z kim podzielić się moimi emocjami po rozmowie. 
A jak to było u Was? Potraficie sami wyczuć czas na konkretne rozmowy, zmiany, wydarzenia? Czy może macie kogoś, z kim możecie o tym porozmawiać, kto wam doradzi i pomoże? 
Pozdrawiam
Jyotika

Sunday, 12 May 2013

Summary 12 and 13

Ominęłam dwa podsumowania miesięczne. Nie dlatego, że nic sie nie działo, ale dlatego, że w kwietniu brakowało mi mobilizacji aby to zrobić. Bardzo mi tego brakowało. Tęskniłam za pisaniem, ale miałam poczucie totalnej pustki w głowie. Brak pracy Lubego dawał mi się we znaki i popadłam w marazm i małą apatię co do pisania, dzielenia się swoimi przemyśleniami itp. Nie wyrobiłam w sobie nawyku pisania postów wcześniej. Zawsze piszę posty na chwilę obecną i właśnie czasem takie sa o to efekty - w chwilach braku weny, nawet jeśli mam parę pomysłów na posty, to nic się nie pojawia. Postaram się z tym zawalczyć w przeciágu najbliszych paru miesięcy. Mam wiele pomysłów - mój zeszyt z propozycjami na posty jest zapisany, ale nie potrafię się zmobilizować aby zacząć je przenosić na bloga.


Marzec i kwiecień częściowo minęły mi na korepetycjach. Uwielbiam je robic i naprawdę miałam frajdę przygotowując materiały na zajęcia, szukając nowych ćwiczeń, przygotowując testy itp. Podobało mi się zarówno uczyc dzieciaki jak i dziewczyny. Matt stracił pracę i mi udzieliła się częściowo jego apatia - on całe dnie spędzał na narzekaniu i spaniu, szukaniu nowej pracy, a ja miałam chęci tylko na korepetycje. Cała reszta zeszła na dalszy plan i lepsze czasy...

Doświadczenie z korepetycjami dało mi pomysł aby zrobić sobie w Aglii kurs TEFL / TEOFL albo CELTA. Zależy ile będę miała pieniędzy i wolnego czasu. Mi by bardziej zależało na CELTA - jest lepszy, ale znacznie droższy i zajmuje około miesiąca codziennych zajęć na uczelni (ewentualnie pół roku lub rok zajęć on-line). TEFL / TEOFL to z reguły jest kurs 2 lub 3dniowy, znacznie tańszy (też można robić kilkumiesięczny on-line). Wszystko zależy od tego ile czasu spędzę w Londynie po powrocie z Polski.
Do tego bardzo bym chciała pojechać na Walię albo do Kornwalii. Jeszcze dokładnie nie wiem. Wszystko zależy od tego ile czasu spędzę w Anglii, jakie środki finansowe będę miała do dyspozycji i czy będę miała kogos do towarzystwa.

Mam jeszcze troszkę czasu na przemyślenia i nowe plany. Do końca maja będe w Polsce, potem Londyn na czas nieokreślony. W tym czasie mam zamiar sie zająć w przeciągu najbliższych trzech tygodni na swoje przemyślenia odnośnie najbliższego roku...
Pozdrawiam
Jyotika

Friday, 19 April 2013

Forget-me-not...

Strasznie nie lubię o czymś zapominać. Niestety ostatnio zdarza mi sie to notorycznie. Prawie od ponad dwóch tygodni nie spisuję co mam do zrobienia w danym tygodniu, nie sprawdzam samej siebie, jak mi się coś przypomni to nie zapisawszy tego "odkładam na poźniej", po czym oczywiście znowu o tym zapominam. W chwili obecnej wygląda to tak, ze mam duże zaległości na obu blogach i stronie internetowej, afirmacja i medytacja leżą odłogiem i kwiczą (od ponad tygodnia nie umieściłam nowej afirmacji na blogu!), mam stertę zaległych emaili do nadrobienia, do tego doszły nowe rzeczy. 
Rozumiem, Matt stracił pracę, zburzył mój rytm dnia, bo wymagał więcej uwagi niż normalnie, do tego doszło pakowanie się, wyrzucanie i oddawanie niepotrzebnych rzeczy, przenoszenie się z miejsca na miejsce, zwiedzanie miejscowości, z której pochodzi Matt z jego rodzicami, myślę jednak, że pora zakończyć ten hulaszczy tryb życia i na nowo wrócić do swej organizacji. Nic-nie-robienie nic-nie-robieniem, ale zaczyna mi się to lekko nudzić... Pora wrócić do książek, afirmowania, pisania bloga i własnego rozwoju. Na samą myśl o tym buzia zaczyna mi się uśmiechać a w głowie pojawia mi się myśl "to jest to co tygryski lubią najbardziej"... 
Wczoraj będąc na spacerze i widząc przepiękne niezapominajki (po angielsku "forget-me-not") uświadomiłam sobie o ilu rzeczach zapomniałam i ile rzeczy odkładam od paru dni ciągle 'na później'... 
Do końca tego miesiąca mam zamiar uporać się z paroma zadaniami, takimi jak : * wysłać zaległe emaile do KZ (obiecałam podać parę przydatnych linków do nauki języka angielskiego i musze je znaleźć w języku rosyjskim) ; * nadrobić zaległości e-mailowe do przyjaciół i rodziny ; * napisać zaległe posty na blogi i stronę (w tym post podsumowujący mój pobyt w KZ) ; * uaktualnić afirmację na blogu ; * przejrzeć zrobione zdjęcia z wizyty u rodziców Matta, poprawić je i im zostawić ; * zrobić kolejny numer Apple Bits (mimo, że nie ma mnie już w KZ, na razie dalej pełnię funkcję redaktora) ; * poszukać pocztówki z "forget-me-not" jako symbolu swego zapominalstwa ; * spisać ponownie plan miesięczny na kwiecień ; * wypisać plan tygodniowy . 
Pozdrawiam
Jyotika

Friday, 12 April 2013

Last Days in Almaty...

Nadeszła wiekopomna chwila i moja przygoda z Almatami, przynajmniej na daną chwilę dobiega końca. 

Luby w poniedziałek otrzymał informację, że przyjęto go do pracy w Iżewskie (Federacja Rosyjska). We wtorek dowiedzieliśmy się, że niestety nie możemy wyrobić sobie wizy do Rosji w Kazachstanie. Musimy wrócić do Londynu (i ja możliwe, że do Polski, jesteśmy w trakcie wyjaśniania tego). Była opcja wysłania wszelkich dokumentów pocztą lub przez DHL, ale Luby bał się ewentualnych problemów i zdecydował, że wracmy oboje do Londynu. Wylatujemy w niedzielę, 12 kwietnia z samego rana. 
Od środy żegnam się z miastem i poznanymi ludźmi. Nawet nie zaczęłam się pakować i proces ten napawa mnie coraz większym przerażeniem. Nie jestem pewna czy pomieścimy się ze wszystkimi rzeczami, nie chcę zbyt wielu rzeczy tutaj zostawiać, nie chcę ich wysyłam przez DHL bo za drogo. Jutro jednak postaram się poświęcić na to sój cały czas. 

Bardzo podobał mi się pobyt tutaj i będę bardzo tęsknić za miastem i jego ludźmi, klimatem, temperaturą (w chwili obecnej jest około 25 stopni!), świętami itp... Mam nadzieję, kiedyś tu jeszcze wrócić (liczę na to, że Luby dostanie tutaj inną propozycję pracy w przeciągu roku i przyjedziemy z powrotem). Były to cudowne miesiące i będę je bardzo miło wspominać... 

Sunday, 31 March 2013

March's Daily Gratitude 26-31

Ostatnie dni minęły mi bardzo szybko. Koniec miesiąca to czas pracy nad gazetą klubową. Do tego Luby przez stratę pracy potrzebuje więcej uwagi, może nie w sensie fizycznym, mam wrażenie że moja obecność przy nim czy pytania jakie mu zadaję męczą go bardziej, potrzebuje spokoju psychicznego i skupienia się na możliwościach jakie przed nami moga się otwierać, z tego też powodu ja staram sie jak najczęściej wychodzić z domu, jak wracam pracuję nad miesięcznikiem i jest już koło 24 i zmęczona zasypiam dość szybko. Jutro znowu cały dzień w mieście, bez komputera oraz bez Lubego, któremuś z nas to na pewno wyjdzie na dobre :P 

W ciągu tych minionych dni chciałabym podziękować za: * przepiękną pogodę od paru dni - jasne słońce, lekki wiaterek i ciepłą temperaturę ; * miły spacer i lody w parku (pierwsze tego roku lody na świeżym powietrzu) ; * pogodę ducha, która mnie nie opuszcza ; * zorganizowaną pracę nad miesięcznikiem, nowe pomysły i świetne ich wykonanie ; * dobry relaksujący mnie sen i miłe sny - uwielbiam jak mi się przyśni coś dobrego i potem pamiętam to przez cały dzień ; * super koktajl mleczny, jaki serwują w jedne z moich ulubionych kawiarenek w centrum miasta. 

Moim motorkiem do działania przez parę ostatnich dni, była powyższa piosenka - Glee "Sing" (wykonywana w oryginale przez My Chemical Romance) znaleziona przypadkiem na internecie. Nie wiem z jakiego odcinka Glee pochodzi i nie pamiętam, abym ją w serialu widziała, ale może coś pominęłam... W każdym podź razie bardzo mi się spodobał i dawał mi pozytywną energię do działania. 
Pozdrawiam
Jyotika

Monday, 25 March 2013

March's Daily Gratitude 25

Dziękuję za: * miły poranek z Lubym ; * przejażdżkę nad jezioro i widok pierwszych maleńkich białych krokusów ; * niezbyt dobre jedzenie w restauracji, które przypomniało nam jak to dobrze jednak jest mieć swoje ulubione miejsca i czasem mimo nudy warto jednak trzymać się starego (oczywiście nie zawsze :P) ; * miłe spotkanie ze Sveta, drobne zakupy i wieczór przy lapmce wina . 

Moją małą radością dnia dzisiejszego były przepiękne krokusiki widziane na polu. Część z nich była już wydeptana i bardzo zniszczona, ale wiele było przepięknych! Wiosna nadchodzi!!! 
Pozdrawiam
Jyotika

Sunday, 24 March 2013

March's Daily Gratitude 24

I za nami kolejny tydzień! Bardzo chciałabym podziękować za: * mobilizację do napisania paru postów na blogach ; * pom ysł i częściową realizację nowego tematu na mej stronie internetowej ; * nadrobienie zaległości emailowych (a przynajmniej częściowe) ; * parę przemiłych leniwych dni - bardzo mi tego brakowało to raz, a dwa - Luby nic nie robi i jakoś mnie to rozleniwiło ; * dzisiejszą kawę z Maral i przepyszna pizzę jej mamy, jaką nas poczęstowano ; * miłą partyjkę w Monopoly z Maral i Lubym ; * udany wieczór z Lubym i kolejna dawką humoru w wykonaniu TBBT (Teoria Wielkiego Podrywu) ; * nadrobionych zaległości w czytaniu blogów! 


Ta piosenka towarzyszyła mi w minionym tygodniu - krok po kroku, do osiągnięcia celi, albo jak mówią Starsi - nic na siłę, wszystko młotkiem !
Pozdrawiam
Jyotika